Słowem wstępu
Przypomina mi się, to co powtarzała z uporem maniaka moja polonistka: ,, Nie utożsamiajcie autora z podmiotem lirycznym!", gdzieś tam z tyłu głowy zaś wyświetlają się wspomnienia sprzed paru lat, gdy to tłumaczę młodziutkiemu kuzynowi, że nie, aktorzy to nie to samo co postacie przez nie odgrywane. Ba! Śmieje się w duchu z jego naiwności. Jakiś czas później pewien film podważył mój pogląd. Zatem tutaj zapomnijcie o tych żelaznych regułach wyniesionych chociażby z interpretacji poezji, na przekór dopatrujcie się analizy psychologicznej aktorów z krwi i kości a nie stworzonych na potrzebę obrazu postaci.
